black and white
Nasze lektury

Monika Szwaja, Stateczna i postrzelona

Bardzo przyjemne, absorbujące uwagę czytadło, nadające się do lektury nawet po przedzieraniu się przez studwudziestostronicowy wstęp Hegla do jakiegoś opasłego tomiszcza, którego tytuł jest na szczęście kompletnie nieistotny. Grunt, że pamiętam, co mam recenzować. I że mi się to coś podobało.
"Stateczna i postrzelona" jest interesującą acz trochę bajkową opowieścią o grupie przyjaciół. Wszyscy są trochę poszkodowani przez życie: Emilki narzeczony okazał się gangsterem o wiele mówiącej ksywie Kałach; Lulu jest bardziej inteligentna od swojego pracodawcy i oczywiście cierpi z tego powodu męki, a poza tym, jako nieszczęśliwie zakochana, nigdy nie wyszła za mąż (a mogła zabawić się w Scarlett O'Harę...); Wiktor jest malarzem, który nie lubi wielkich miast, a musi pracować jako spec od reklam akcesoriów wychodkowych; jego żona Ewa została oskarżona o plagiat przez wyższego stopniem naukowca, który wcześniej wykorzystał jej wyniki badań; zaś żona Janka, ostatniego z dorosłych bohaterów, zginęła w wypadku samochodowym razem ze swoim kochankiem, o którym nic Janek nie wiedział, osierocając pewnego bardzo fajnego chłopca. Wszyscy znajdują schronienie w Rotmistrzówce, starym dworku, z którego tworzą świetnie prosperujące gospodarstwo agroturystyczne. Zaprzyjaźniają się, tworzą wraz z wdową po rotmistrzu i Omcią (Niemką, która kiedyś, kiedyś była właścicielką dworku).
Romansów jest kilka i są całkiem przyjemnie napisane, chociaż mam wrażenie, że rozwiązanie wątku Emilki specjalnie było odkładane na sam koniec, by kulminacja była odpowiednio dramatyczna. Całość czyta się szybko i na tyle dobrze, że czytając książkę w autobusie, przegapiłam przystanek, na którym powinnam wysiąść.
Drażnią w zasadzie dwie rzeczy.
Po pierwsze, jest to, jak pisałam, opowieść bardzo baśniowa. Niemal wszyscy bohaterowie dysponują ogromną gotówką, pozwalającą im na większość z tego, co im się zamarzy. Bardzo łatwo jest realizować swoje marzenia i odnajdywać siebie - a o tym chyba miała być ta książka - jeśli ma się pieniądze... To już "Nigdy w życiu" było bardziej prawdopodobne.
Po drugie, na książkę składają się dwa pamiętniki, Emilki (zaczynającej pisanie) i Lulu (piszącej od lat). I, owszem, jest to dobry pomysł na narrację, pozwala ukazać wydarzenia z dwóch stron, tworząc niekiedy dwugłos - ale bardzo ciężko napisać coś takiego naturalnie. Tutaj mamy dwa teksty pisane jednakowym stylem, a wpisy są tak długie, że obie bohaterki musiałyby poświęcać im jednorazowo po cztery, pięć godzin.
Pomijając jednak prawdopodobieństwo narracji i wydarzeń, jest to dobra książka, szczególnie na zimowe wieczory. Klimat Rotmistrzówki jest naprawdę cudowny, postacie przyjemne, wydarzeń dramatycznych ani za dużo, ani za mało... Nieczepliwemu czytelnikowi powinna się spodobać.

PS. No proszę, na dysku znalazłam prawie kompletną recenzję sprzed paru miesięcy...

Ariel
skomentuj (3)


J.K. Rowling, Harry Potter i Książę Półkrwi

UWAGA! Recenzja zawiera spojlery!

Szósty i przedostatni tom słynnego "Harry'ego Pottera", przeznaczony tylko dla tych najwierniejszych fanów, którzy przebrnęli przez poprzednie tomy... i nagroda za przebrnięcie przez nie.
Dlaczego zaczęłam w ten sposób? Ano, choć pierwsze trzy części pochłaniałam wielokrtonie z wypiekami na twarzy, o tyle po lekturze "Czary Ognia" poczułam się bardzo rozczarowana, a po zakończeniu "Zakonu Feniksa" stwierdziłam, że może do niego wrócę, ale nie mam pewności - i że część szóstą przeczytam pewnie z przyzwyczajenia.
HPiKP jest trochę cieńszy niż poprzednie dwa tomy, ale za to o ile lepszy! Autorka nareszcie dowiodła, że panuje nad wątkami: nie wprowadza niepotrzebnych zapchajdziur (jak WESZ czy Graup), uzasadnia gwałtowną przemianę Ginny z HPiZF, temperuje nieco Harry'ego, który w poprzednich dwóch częściach strasznie drażnił, wyjaśnia kilka tajemnic, odkrywając przed czytelnikami nowe...
Innymi słowy, po "Więźniu Azkabanu" nastąpił kolejny dobry i spójny tom z emocjonującym finałem, który wkrada się od niechcenia... Za każdym razem, kiedy czytałam HPiKP (do tej pory trzy razy i tym razem jestem pewna, że będzie jeszcze czwarty, piąty i szósty) dziwiłam się, że to już, że dzisiaj, że tak nagle - czytelnik, jak i Harry, zostaje po prostu wciągnięty w wir wydarzeń, co wyjątkowo przypadło mi do gustu.
Inne zalety?
Pogłębienie postaci Voldemorta. Nareszcie możemy z bliska poznać Zło - i jego słabości.
Pogłębienie postaci Snape'a. Snape jest w tym tomie absolutnie i rewolucyjnie genialny!
Pogłębienie postaci Malfoya i jego matki. Nie za bardzo, ale jednak: nabierają nowych cech.
Dużo Dumbledore'a. Bardzo, bardzo porządnego Dumbledore'a, którego lubiłam zawsze, ale niezbyt intensywnie, a teraz to się zmieniło.
Zmieniony, dojrzalszy Harry. Nadal impulsywny, ale przy tym znacznie bardziej świadomy tego, co się wokół niego dzieje, trafnie i szybko oceniający wydarzenia (cudowna i wiele mówiąca scena z nowym Ministrem Magii) i niesamowicie lojalny. Jego relacja z Dumbledorem to moim zdaniem jeden z największych atutów tego tomu: po rozżaleniu i nastoletnim buncie w HPiZF, Harry dorasta. Dumbledore'a szanował od pierwszego tomu, ale w dość dziecinny, wyidealizowany sposób; teraz ich stosunki, choć oparte na zasadzie mistrz-uczeń, są dużo bardziej partnerskie.
Fajnie poprowadzone wątki miłosne - ze strony autorki wyczuwam pewne rozbawienie, ale i sympatię do bohaterów oraz wyrozumiałość dla ich problemów.
Jak zawsze genialne sceny obyczajowe, dialogi, postacie - z drugoplanowych przede wszystkim Luna i nowy profesor, Slughorn. Oraz, oczywiście, tajemniczy Książę Półkrwi, a raczej cały jego wątek.
I otwarte zakończenie, pozostawiające więcej pytań niż odpowiedzi - tym bardziej, że następny tom będzie ostatni!
Tylko szkoda, że aby poznać i docenić szóstą część, trzeba najpierw przedrzeć się poprzednie dwie, które owszem, dają się przeczytać, mają swoje dobre strony, ale są niedopracowane i przegadane - czym mogą zrazić do dalszej lektury.

Ariel

Czy któraś ze współrecenzentek chciałaby się dopisać?
skomentuj (2)
Ada Strzelec, Byłam mężczyzną

Zawsze mam problem z wyrażaniem opinii o takich książkach, "Byłam mężczyzną" jest bowiem przedrukiem pamiętnika pisanego dla siebie, bez myśli o tym, że może ktoś kiedyś zechce to wydrukować: w związku z tym jest osobisty, pisany zwyczajnym językiem, poruszający wyłącznie tematykę ważną dla autorki. Biorąc pod uwagę to wszystko, a także zaledwie zawodowe wykształcenie Ady Strzelec, jej pamiętnik jest nawet bardzo dobry; traktując go bardziej bezwzględnie, jak każdą książkę, jego największą zaletą jest autentyczność, drugą - szczerość; walory literackie pozostają na trzecim miejscu i prawdę mówiąc, nie rzucają się zbytnio w oczy.
Jak łatwo wywnioskować z tytułu, Ada jest osobą transseksualną - urodziła się jako mężczyzna. Jej starania, aby nareszcie stać się w pełni kobietą, zostały uwiecznione w pamiętniku i jest to prawdziwa walka: z samą sobą, ze stale powracającą depresją, z żoną, ze wszystkimi ludźmi, nawet z tymi, którzy teoretycznie powinni być bezwzględnie pomocni, czyli z lekarzami. Czytanie o wszystkim, co doświadczyła, boli: książka została wydana kilkanaście lat temu, operacje Ady miały miejsce nieco wcześniej - ludzie wówczas byli jeszcze bardziej nieświadomi, czym naprawdę jest transseksualizm, niż teraz. Ada Strzelec pisze o mitach, które musi obalać, o wyzwiskach, o nastolatkach, którzy bardzo chcieli ją rozebrać i sprawdzić, czy naprawdę jest kobietą, o problemach, jakie miała w urzędach, gdy chciała wymienić wszystkie dokumenty, jak jednego dnia przeraziła się ludzi, którzy na nią czekali (wieści się szybko roznoszą), by koniecznie zobaczyć, jak wygląda, a drugiego śmiała się z ich reakcji. Dużo miejsca poświęca swojej rodzinie: obawom, jak przemianę tatusia przyjmą dzieci, niechęci własnych rodziców, a przede wszystkim konfliktowi z żoną. I chyba ten aspekt tragedii transseksualizmu uderzył mnie najbardziej - nie wyzwiska, nie bardzo bolesne operacje, nawet nie nienawiść do własnego ciała, lecz właśnie rozsypujący się związek z ukochaną osobą. Bo Ada, pomimo swojej psychicznej płci, pomimo wszystkich operacji, nadal kocha swoją byłą żonę (transseksualista przed operacją musi między innymi przeprowadzić swój rozwód), ta jednak potrafi z nią żyć tylko i wyłącznie dopóty, dopóki Ada wygląda jak mężczyzna, później nie.
Jest to także opowieść o poszukiwaniu swojej tożsamości. O odnajdywaniu w sobie kobiety: kobiecych cech, kobiecego wyglądu. O próbie określenia własnej orientacji, znalezienia sobie miejsca w życiu, byciu szczęśliwą. Na tym poziomie historia Ady jest bardzo uniwersalna.
Czytając, nie mogłam oprzeć się od porównywania "Byłam mężczyzną" z recenzowaną półtora roku wcześniej "Mój świat jest kobietą. Dziennik lesbijki". Obie książki to pamiętniki, obie są bardziej ważne niż dobre, tematyka też w sumie podobna... Ale "Byłam mężczyzną" jest pamiętnikiem autentycznym, zaś "Mój świat jest kobietą" to fikcja przemieszana z prawdą, a więc książka pisana świadomie, z myślą o czytelnikach. I, paradoksalnie, "Byłam mężczyzną" wychodzi na tym lepiej, gdyż wszystkie słabości da się usprawiedliwić, podczas gdy po tekście od początku przeznaczonym do druku spodziewałam się czegoś więcej... Z drugiej strony jednak, "Mój świat jest kobietą", jest mniej monotematyczny: Ada pisze wyłącznie o transseksualizmie, który przez to sprawia wrażenie, jakby całkowicie dominował w jej życiu i przesłaniał wszystko inne.
Jeśli książka - wydana dawno temu w niewielkim nakładzie - wpadnie komuś w ręce (ja znalazłam ją w BUW-ie), niech przeczyta, bo warto. Ale niech nie nastawia się na coś znakomitego.

****

Ariel

skomentuj (2)
Milena Wójtowicz, Podatek

Zawsze lubiłam książki należące do kanonu fantasy, których akcja rozgrywała się w bliskich nam realiach. Jeśli dodać do tego jeszcze realia całkowicie polskie są bardzo duże szansę, że właśnie po taki tytuł sięgnę.

Nie tylko niejaka Rowling z zapałem czerpie z takiego pomysłu. Także nasi rodzimi autorzy chętnie je wykorzystują czego przykładem może być choćby Milena Wójtowicz.

Autorka w sposób lekki i zabawny opisuje magiczną rzeczywistość polski. Brak tu jednak średniowiecznych szat, gotyckiej architektury, merlinowskich czarodziejów i chłopców z bliznami. Mamy za to nowoczesne urzędy, które nawet własny personel przerażają czasem wielkością i zawiłością, smoki na rencie bawiące się w SMSowanie i... podatki, bo czymże byłaby nasza polska rzeczywistość bez biurokracji i "wyżymania" obywateli do ostatniej złotówki. O ile jednak nasza poczciwa skarbówka może nam zabrać "jedynie" materialne mienie, o tyle ten DRUGI Urząd Skarbowy nie zawaha się zabrać o wiele więcej...

Generalnie cała akcja toczy się wokół pewnej tajemniczej księgi dającej potęgę i władzę, której zapragnął pewien szacowny mag. Jednak nie wszystko poszło po jego myśli i od tego momentu sytuacja zaczęła się gmatwać. Jeśli dodać do tego jeszcze pełne intryg i układów rozgrywki Niezależnego Stowarzyszenia Magów, Tajnych Służb Magicznych, Urzędu Podatkowego, mafii, a na dokładkę dorzucić pewnego demonicznego smoka o zadziwiającym apetycie to musi wyjść z tego coś absolutnie zakręconego.

Jednak sama akcja choć dość interesująca nie powala na kolana i zdecydowanie nie jest głównym atutem książki - to miano przypada w udziale całej galerii barwnych postaci. Chciałoby się tu dodać, że para głównych bohaterów wiedzie w tej kwestii prym - nie jest tak jednak. Pomimo, że zarówno Monika jak i Jens wywierają na czytelniku sympatyczne wrażenie, to niestety na tle reszty wypadają zadziwiająco... zwyczajnie. Bo cóż znaczyć mogą korowody Rusałki przy uroczym wampiryzmie Oli, nałogu biernego palenia Czarnej Kasieńki, żabach Ślipiaka, które "robię się na Umę" czy też samym wodniku, który ma zadziwiająco sadystyczne, a jednocześnie zabawne pomysły.
Właśnie te, z pozoru mniej ważne, drugoplanowe postacie stanowią główną potęgę tej książki. To one są głównymi sprawcami przezabawnych perełek, które nagle rozbłyskają w połowie akcji i zmuszają czytelnika do śmiechu i to właśnie z ich powodu książkę mogę polecić.

*****

Seiferin de La Fére

skomentuj (1)
Fannie Flagg, Smażone zielone pomidory

Na stronie tytułowej znajdują się słowa wypowiedziane przez jedną z bohaterek: "Może i siedzę tu, w domu spokojnej starości Rose Terrace, ale myślami jestem w kawiarni Whistle Stop, przed talerzem smażonych zielonych pomidorów". I to było uczucie, które towarzyszyło mi podczas całej lektury. Ale od początku.
W domu spokojnej starości Evelyn Couch, która przechodzi właśnie jeden z najtrudniejszych okresów w swoim życiu, poznaje Ninny Cleową Threadgoode. Kobieta ta opowiada Evelyn o Alabamie lat trzydziestych, czasach swej młodości. Przywołuje we wspomnieniach codzienne życie niewielkiego miasteczka, Idgie Theadgoode, jej przyjaciółkę Ruth i synka Ruth - Kikutka. Idgie i Ruth prowadzą kawiarnię Whistle Stop, będącą sercem całego miasteczka. Miasteczka, którego mieszkańcy kochają, nienawidzą, śmieją się i płaczą, a nawet popełniają zbrodnie.
Książka charakteryzuje się interesującą kompozycją. Mamy więc wspomnienia pani Threadogg, mamy retrospekcje do czasów jej młodości oraz wycinki z pracy z tamtych czasów. Mamy również śledzenie losów Evelyn i jej stopniową przemianę - od nieszczęśliwej i załamanej, do stosunkowo pewnej siebie i zadowolonej z życia kobiety.
I tu dochodzimy do przytoczonego przeze mnie na początku cytatu. Książka jest zwyczajnie rewelacyjna. Gdy ją czytałam, znikało wszystko, co mnie otaczało - to ja znajdowałam się w kawiarni Whistle Stop, to ja jadłam smażone zielone pomidory, to ja uczestniczyłam we wszystkich zdarzeniach. Autentycznie czułam się w środku powieści. Śmiałam się i płakałam razem z jej bohaterami. Wszystko było realne, niemal na wyciągnięcie ręki.
Książka jest wspaniała na poprawę humoru. Po prostu optymistyczna i ciepła, chociaż w tle cały czas pojawiają się problemy: rasizmu, biedy, homoseksualizmu, przemocy, problemów w rodzinie. Jest też jedna scena iście makabryczna. A jednak - ani trochę nie psuje to dobrego humoru. Może dlatego, że bohaterowie zdają się wiedzieć, iż od problemów nie da się uciec, gdyż są nieodłączną częścią życia - ale zawsze w końcu musi powrócić radość.
Jest to powieść zabawna, napisana barwnym, iskrzącym się językiem - choć lekturze nie towarzyszy tarzanie się po podłodze ze śmiechu. Raczej spokojny uśmiech, ciepły i pełen zrozumienia.
Uwaga: absolutnie nie należy zaczynać lektury, gdy idzie się spać/wychodzi z domu/jest się czymkolwiek zajętym. Po prostu nie można się oderwać (na zasadzie "Jeszcze tylko kilka kartek...").

*******

Zirael

skomentuj (5)
Kolejne ogłoszenie duszpasterskie

W którym - z niezmienną przyjemnością - informuję, że grono recenzentek wzbogaciło się o jeszcze jedną osobę, Seiferin de La Fére.
Witamy!
[oklaski]


Mam nadzieję, że wkrótce wszystkie trzy panie coś tutaj zamieszczą :).

Ariel
skomentuj (0)
Maria Zarembińska-Broniewska i Władysław Broniewski, Ręka umarłej

Przeczytałem książkę Marii
płacząc i wyjąc.
Tak piszą tylko umarli
żyjąc.

W ten sposób Broniewski napisał o "Opowiadaniach Oświęcimskich", czyli wspomnieniach jego żony z obozu koncentracyjnego, w którym spędziła ponad rok jako SK, pracując w najcięższych warunkach.
Coś w tych słowach jest...
"Ręka umarłej" to właśnie "Opowiadania Oświęcimskie" (pełna wersja lub wybór wspomnień, nie wiem), przeplatane wierszami poety oraz ilustracjami Olgi Siemaszko.
Czyta się znakomicie; choć tematyka boli okrutnie, choć obrazy zawarte w książce jeszcze bardziej, to Maria Zarembińska pisze w ten sposób, że nie sposób się oderwać. Posługuje się prostym językiem, zastrzeżonym właściwie dla zwykłej codzienności, nie dla świata, w którym powtarzała sobie, że jest tylko numerem - ale właśnie przez to, że pisze tak zwyczajnie, bez zbędnych ozdobników, Oświęcim robi tak niesamowite wrażenie.
Mimo bycia tylko numerem, Maria zachowała zdolność obserwacji, wrażliwość na innych ludzi. Przedstawia ich czytelnikowi, poświęca miejsce ich dramatom; czasami dzieli się swoimi refleksjami, czasami poprzestaje na suchej relacji - jak w przypadku historii o asystentce pielęgniarki, która jak zawsze nie chciała podać wody ciężko chorej kobiecie, a gdy ta zmarła, okazało się, że to była jej matka. Są i bardziej krzepiące obrazy - historie o wykupywaniu za własne paczki zastrzyków dla obcych kobiet (dzięki temu żona Broniewskiego przeżyła różę twarzy, a później w ten sam sposób uratowała od śmierci kogoś innego).
Część wspomnień zapisana została jeszcze w obozowym szpitalu. Pisząc, Maria często zwraca się do ukochanego męża, raz mu nawet rzuca wyzwanie, by w jakiś sposób to wyczuł i napisał dla niej wiersz. Niejako w odpowiedzi pojawia się utwór Broniewskiego, "Ja i wiersze" ("Ja bym chętnie nie pisał, ale muszę: czort jakiś mnie rozkołysał, wlazł w duszę [...] i co noc powtarzam bezsennie twe imię, Mario"). Piękny dialog, pokazujący, że nawet w tych miejscach, w których znalazło się rozdzielone małżeństwo, jest miejsce na miłość.
Maria Zarembińska-Broniewska, choć skazana na śmierć, choć uznana za umarłą i opłakana przez swojego męża, Oświęcim przetrwała. Jej wspomnienia kończy rozdział "List..." - dokładna, chronologiczna opowieść o aresztowaniu, chorobie, sposobie, w jaki przetrwała obóz, wydostała się z niego i jak radziła sobie potem; list kończy się wzmianką o lekarzu podejrzewającym u niej leukemię, na którą Maria zmarła niedługo potem.
I wspomnienia oraz listy Marii, i wiersze Broniewskiego, i wstęp Seweryny Szmaglewskiej są tylko skrawkami dużej całości. Nie mają aspiracji przedstawiać całego życia Marii ani nie mówią wszystkiego o Oświęcimiu, a o Broniewskim wręcz bardzo mało - ale w jakiś sposób znakomicie wkomponowują się w to, co już wiem i bardzo to wzbogacają - znacznie bardziej, niż można by się spodziewać po tak niewielkiej książce.
Zdecydowanie warto jej poszukać. Niestety, wydana została chyba tylko raz, w '71 roku - wiele lat po śmierci obojga autorów. Tym większe moje uznanie dla redaktora tego zbioru.

*******

Ariel
skomentuj (0)


zostawione:
czytaj # dopisz

system ocen:
* - gniot absolutny
** - ujdzie
*** - można przeczytać
**** - ok, ale...
***** - dobra
****** - bardzo dobra
******* - znakomita!

wg miesięcy:
2006
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
styczeń
2004
grudzień
październik
wrzesień
sierpień


wg gatunków:
ludzie
Byłam mężczyzną
Ręka umarłej
Mój świat jest kobietą
Władysław Broniewski nie znany
Pasja życia

klasyka, lektury
Stryj Silas - powieść grozy

romanse i obyczajowe
Stateczna i postrzelona
Smażone zielone pomidory
Zapiski stanu poważnego
O melba!
Martwy aż do zmroku
Niebanalna więź
Przeznaczenie
Saga o Królestwie Światła
Mój świat jest kobietą

powieści dziewczęce
Dziewczyna z Lasu
W pajęczynie życia (Dzban ciotki Becky)
Język Trolli

powieści dla młodzieży
Harry Potter i Książę Półkrwi
O melba!
Pora prawdy
Szatan i Judasz
Spisek w Królestwie Czarów
Król Złodziei

fantastyka i ewentualne s-f
Harry Potter i Książę Półkrwi
Podatek
Amulet z Samarkandy
Księga jesiennych demonów
Jonathan Strange i Pan Norrell
Demony
Księżniczka + Kuzynki
Wampir Armand
Sługa Boży

sensacja, horror, kryminał, dreszczowiec etc.
Martwy aż do zmroku
Uśmiechnięty Nieboszczyk
Przerażacze
Tajemnicze okno, tajemniczy ogród
Kapitan Alatriste
Kopciuszek, który zjadł wilka

inne książki
Śpiew świerszcza polnego
Alchemik
Hymn
Rękopisy Platona
Poczta literacka


recenzentki:

Ariel
Moja dziesiątka:
E. Białołęcka, Kroniki Drugiego Kręgu
W. Broniewski, Poezje zebrane
F. Flagg, Smażone zielone pomidory
N. Gaiman, Sandman
 G. Orwell, Rok 1984
T. Pratchett, Świat Dysku
A. Rice, Wywiad z wampirem
J. Rowling, Harry Potter i Więzień Azkabanu
W. Shakespeare, Macbeth
S. Waters, Złodziejka

Martussa
Rankingu tworzyć nie będę, gdyż taką listę musiałabym zmieniać co tydzień. Poza tym, spośród tylu świetnych książek ciężko jest wybrać dziesięć najlepszych. Co lubię czytać, dowiedzie się po moich recenzjach ;)

Seiferin de La Fére
W Moim Rankingu nie ma takiej książki, która nie mogłaby spaść na drugie miejsce. Nie ma takiego autora, który nie mógłby napisać gniota. Żeby książka mi się podobała musi być dobra - cechy charakterystyczne: brak.

Zirael
Moja dziesiątka:
J. Kaczmarski, Ale źródło wciąż bije
F. Flagg, Smażone zielone pomidory
E. Bronte, Wichrowe wzgórza
J. Rowling, Harry Potter i książe pół-krwi
C. Bronte, Dziwne losy Jane Eyre
T. Tryzna, Panna Nikt
M. Musierowicz, Jeżycjada
A. Sapkowski, Saga o wiedźminie
J. Harris, Czekolada
N. Gaiman, Sandman


po fachu:
Książki przeczytane

wykonanie colld # foto Steve Hanks